sobota, 28 listopada 2015

Seria "Lena i Estera", rozdział 1: "Nowa", od Estery

Tamtego dnia do bloku naprzeciwko internatu wprowadziła się nowa rodzina. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że byli po prostu… dziwni. Dwoje dorosłych, którzy najprawdopodobniej byli rodzicami, chodzili ubrani w krótkie spodnie, mimo wczesno jesiennej temperatury. Najbardziej wyróżniała się nastoletnia dziewczyna z krótkimi, różowymi włosami ubrana w podarte dżinsy i krótką czarną bluzkę. Młodsze dziecko, chyba chłopiec, siedziało przy wózku i bawiło się z niemowlakiem. Zachowywali się dość głośno, ale tak było przy każdej przeprowadzce.
Osiłki od przeprowadzek przenosili staromodne meble, w tym szafę wyglądającą jak z innej epoki, oraz nieco zużytą kanapę, kilka składanych stołów, lodówkę, kuchenkę, łóżka, kojec dla dziecka, a rodzina kartony z napisanymi czarnym flamastrem nazwami.
Lubiłam przyglądać się innym ludziom – jak zachowywali się w różnych sytuacjach, po prostu jak żyli trochę bardziej ciekawi obywatele niż ja i moja rodzina.
Reszta niedzieli minęła mi spokojnie. Rok szkolny dopiero się zaczynał i nie miałam na głowie żadnych związanych ze szkołą spraw. Wieczorem, gotowa do snu wyjrzałam na zewnątrz. Mogłam zaglądać w okno naprzeciwko. Jeszcze niedawno mieszkała tam starsza pani z kilkunastoma kotami, i w owym pokoju odbywały się kabarety nie z tej ziemi. Teraz, tapeta miała ten sam wyblakły zielony kolor, ale tym razem zauważyłam dziewczynę z różowymi włosami wchodzącą do niego. Internat i blok stały tak blisko siebie, że mogłam zobaczyć fioletowy kolor oczu nowej sąsiadki. Spojrzała na mnie i przez chwilę utrzymywałyśmy kontakt wzrokowy, ale zasłoniła okna. Mogłam jedynie położyć się spać.
Następnego ranka w szkole,  próbowałam dostać się do pracowni polonistycznej. Zostałam popchnięta przez dresiarza szykującego się do wkopania koledze, wpadłam na jakąś dziewczynę i rękawem bluzy otarłam się o jej twarz, ścierając nieco makijażu. Dziewczyna i jej przyjaciółeczki spojrzały na mnie piorunującym wzrokiem, a z ruchu ich warg wyczytałam groźbę, ale dzwonek ją zagłuszył. Takie sytuacje miały miejsce po kilka razy dziennie, ponieważ miasteczko w którym mieszkałam, dzieliło się na dwa główne nurty nastolatków, dresiarzy i plastiki.
Do pierwszej należała prawie cała populacja miejscowych chłopców. Wszyscy kibicowali jednej z dwóch pobliskich drużyn piłkarskich – Czarnym Rycerzom lub Strzelcom z Nizin. Oba zespoły należały do 10 ligi, ale to nie przeszkadzało ich kibicom wypisywać nazwy swoich drużyn na murach i bić się z kibolami z przeciwnego klubu.
Plastiki to przeważająca większość dziewczyn z Miłorząbów. Mają specyficzny styl – sztuczna opalenizna, farbowane włosy, tona tapety na twarzy i co najmniej jeden różowy element stroju. Oczywiście, plastiki nigdy nie rozstawały się za swoim smartfonem i torebką.
W szkole nie było ludzi nienależących do owych grup, a przynajmniej nigdy ich nie spotkałam. Według dresiarzy plastiki były ideałami, a plastiki uwielbiały „męskich” dresiarzy.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do klasy, nauczyciel wpuszczał niezainteresowanych tym uczniów. Weszłam i zajęłam swoje miejsce pod oknem. Reszta ludzi – oczywiście dresiarze i plastiki zajęli miejsca i zaczęli rozmawiać, kompletnie ignorując nauczyciela.
Pan Chełmowski był miłym, ale wymagającym nauczycielem. Dodatkowo wystarczyło jedno jego chrząknięcie, aby uciszyć klasę. Miał dość interesujący styl przemawiania.
- Drodzy uczniowie. Wszyscy znacie mnie z zeszłego roku, z lekcji polskiego. Teraz również nauczam tego przedmiotu. Bez zbędnego gadania proponuję przejść do tematu zajęć. Dzisiaj omówimy czym będziemy zajmować się w tym semestrze. Na początek proponuję…
W tym momencie drzwi otworzyły się i weszła dyrektorka oraz dziewczyna z różowymi włosami.
- Pani Skibińska? – zdziwił się pan Chełmowski. – Nie spodziewałem się pani odwiedzin na mojej lekcji.
- Wybacz Pawle, że cię nie uprzedziłam, ale sądziłam że tę sprawę załatwię na następnej godzinie tej klasy, jednak wskutek nalegań muszę zrobić to teraz. – powiedziała dyrektorka.
Przyprowadziła dziewczynę przed tablicę i zaczęła przemawiać.
- Uczniowie i uczennice, mam zaszczyt przedstawić wam waszą nową koleżankę – Lenę Różańską. Przyjechała z rodziną z Poznania i będzie uczyć się w naszej szkole. Mam nadzieję, że się dogadacie – skończyła z naciskiem, czując że limit klasy w grzecznym słuchaniu nauczyciela zbliża się do granic wytrzymałości. – Muszę już lecieć, zajmijcie się nią – dodała i pośpiesznie wyszła z sali.
Zagubiona dziewczyna stała przed tablicą i nie wiedziała co począć. Najwyraźniej liczyła na jakieś powitanie od klasy, ale uczniowie nie zamierzali na nią zareagować. W końcu pan Chełmowski przejął pałeczkę.
- Witamy cię, moja droga – przywitał ją z uśmiechem i uścisnął jej dłoń. – Mam nadzieję na rok owocnej współpracy. A teraz usiądź, to przejdziemy do lekcji.
Lena ruszyła do ławki Weroniki, nieznośnej modnisi, jednak dziewczyna położyła torebkę na wolnym krześle.
- To miejsce jest zajęte – warknęła Weronika. Wszystkie inne plastiki zaśmiały się, jak gdyby usłyszały świetny dowcip. Wtedy Lena usiadła ze mną, a pan Chełmowski kontynuował wykład.
- W tym roku przerabiamy twórczość Szekspira, Mickiewicza i Krasickiego, czyli Romea i Julię, Świteziankę oraz kilka bajek…
Zapisywałam tytuły do zeszytu, ukradkiem przypatrując się koleżance z ławki. Lena nie zapisywała żadnej pozycji. Siedziała wyprostowana, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i wpatrywała się w nauczyciela. Gdy ludzie w klasie nie robili notatek, udawali, ze coś piszą. Pan Chełmowski nie mógł zignorować takiego zachowania.
- Panienko Leno, dlaczego nic nie piszesz?
Odpowiedziała wyraźnie znudzona.
- Ponieważ nie potrzebuję.
- A to dlaczego? – zapytał pan Chełmowski.
- Po pierwsze, nie muszę zapisywać tytułów, aby je zapamiętać. Po drugie, czytałam je wszystkie w poprzednich latach.
- Wszyscy tak mówią, panno Leno, lecz niestety nikt nigdy o niczym nie wie. Dodatkowo, wiele szkół w innych miastach przerabia je we wcześniejszych klasach. Obawiam się, iż muszę wstawić panience minusa za pracę na lekcji.
Wszyscy inni w klasie zaczęli uśmiechać się głupio, że dziewczyna już na pierwszej lekcji rozzłościła spokojnego nauczyciela, ale ona nie dała się tak łatwo.
- Mogę panu udowodnić, jeśli mi pan nie wierzy – powiedziała i wstała. Zaczęła mówić wszystkie tytuły jakie padły, ułożone chronologicznie, razem z autorem, krótkim streszczeniem i datą sprawdzianu. Cała klasa umilkła z wrażenia, nawet pan Chełmowski.
- Panienko… Masz znakomitą pamięć… Nie wstawię ci tego minusa… Wróćmy do lekcji… Ale następnym razem zapisuj, dobrze?
Dziewczyna przytaknęła i usiadła, a nauczyciel kontynuował wykład. Reszta lekcji minęła spokojnie, a minutę przed dzwonkiem klasa spakowała się.
- Panienko Estero, panienko Leno, podejdźcie na chwilkę.
W obydwie spełniłyśmy jego polecenie.
- Panienko Estero, będę wdzięczny jeśli oprowadzi panienka panienkę Lenę po szkole.
- Tak, proszę pana.
Zadzwonił dzwonek i wszyscy w pospiechu wyszli na korytarz.
Zawsze byłam typem samotnika i nie wiedziałam jak powinna powitać nową koleżankę.
- Eee… więc witam cię w naszej szkole. Jestem… - zaczęłam.
- Daruj sobie. Cztery powitania w nowej szkole mi wystarczą – przerwała mi. –Podglądaczko.
Poczułam, jak na policzki wpełzają mi rumieńce. Więc podglądanie ludzi tak się kończy.
- Przepraszam. Wyjrzałam tylko przez okno… - próbowałam ją przeprosić.
- To też sobie daruj. Nie mówię o tym jak spojrzałyśmy na siebie wieczorem, tylko jak gapiłaś się na mnie cały dzień, gdy nosiliśmy meble i kartony.
Zarumieniłam się jeszcze bardziej.
- Za to też cię przepraszam…  Na tym osiedlu nic się nie dzieje i nie miałam nic innego do roboty…
- … po za podglądaniem zwykłych ludzi z bloku obok?
Już się nieco zezłościłam. Kim, do licha, jest ta Lena, że widziała jak z drugiego piętra ktoś na nią patrzy? Koniec końców cały czas ją przepraszam, a ona ciągle jest obrażona – pomyślałam. Może powinnam się jej jakoś odgryźć.
- Dziewczyna z włosami koloru tyłka pawiana raczej wzbudza uwagę.
Lena spojrzała się na mnie trochę dziwnie, a następnie zaczęła się śmiać. Nie był to szyderczy śmiech, tylko serdeczny, przyjacielski.
- Znasz całkiem niezłe riposty, dziewczyno – chichotała. – Mam włosy jak tyłek pawiana? Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, haha!
Uśmiechnęłyśmy się do siebie. To było takie absurdalne!
- Jaką mamy teraz lekcję? – nadal chichotała Lena.
- Matematykę – odpowiedziałam.
- To chodź! Siedzisz ze mną!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz