Jane wyjrzała zza
rogu. Ulica była pusta, więc założyła kaptur płaszcza i na palcach pobiegła do
obskurnego budynku. Włożyła w zamek okiennic klucz i przekręciła go. Postawiła
nogę na parapecie, gdy z opuszczonego marketu zaczęli wyłazić Zmutowani.
Dziewczyna z pośpiechem podciągnęła się i wskoczyła do pomieszczenia, po czym
zatrzasnęła okiennice i zamknęła je na klucz. Nie wejdą pomyślała i weszła w głąb domu.
Jej siostra siedziała
na środku pokoju, który przed wojną był salonem. Jane uklękła koło niej. Dziewczyna
podniosła twarz i uśmiechnęła się do niej. Jej spojrzenie było łaskawe i
kochane. Jednak od czasów wojny niewiele
było ludzi na których mogła patrzeć w ten sposób. Od czasów wojny pozostało
niewielu ludzi.
- Tak samo jak wczoraj
– odpowiedziała.
– Wszędzie roi się od Zmutowanych. Dzisiaj w markecie była ogromna
banda.
Danielle spojrzała na
nią z przerażeniem.
- Nie mów mi, że
pomimo to tam weszłaś. Wolałabym głodować, niż cię stracić.
- Nie żartuj – Jane
prawie się roześmiała. – Gdybym stała się Zmutowaną, też byś głodowała. A jeśli
o jedzeniu mowa - zobacz, co znalazłam w sklepie starego Sama! – powiedziała i
wyjęła spod płaszcza dwie paczki makaronu, słoik miodu, i trzy cukierki.
Dziewczyna myślała, że cukierki rozweselą siostrę, ale tej znowu naleciało łez
do oczu. Głąb ze mnie pomyślała, gdy
przypomniała sobie jak Sam częstował je właśnie tymi cukierkami, gdy wracały ze
szkoły. Kolejne wspomnienie sprawia jej
ból uprzytomniła sobie Jane i obiecała w myślach, że koniec z rzeczami
przypominającymi rodziców, przyjaciół…
Przyniosła z rogu
pokoju lodówkę podróżną. Powoli zaczęła wyjmować czerstwą kromkę chleba, batona,
pół litra mleka, marchewkę i udko kurczaka.
- Co chcesz zjeść? –
zapytała się siostry, a Danielle spojrzała ze smutkiem na cały ich dobytek.
Pokręciła przecząco głową i położyła się na kanapie. Jane westchnęła i włożyła
do ust czerstwy chleb, po czym spakowała wszystko i usiadła w fotelu przed
kominkiem. Ogień trzaskał wesoło. Jane pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy siedziała
z rodziną przy kominku i jedli kolację. Później jednak spadły bomby i całe
miasto przemieniło się w Zmutowanych. Zasnęła, patrząc w płomienie.
Obudził ją hałas z
przedpokoju. W pierwszym momencie nie zrozumiała co się dzieje, ale po chwili
doszła do tego: Zmutowani. Zmutowani w
jej domu. Wstała i podbiegła do kanapy, gdzie powinna spać Danielle. Jednak
jej siostry nie było.
- Danielle! Danielle!
– krzyczała przerażona. Od dawna wiedziały, że Zmutowani się wedrą, i były na
to przygotowane. W rogu pokoju zawsze leżała mini lodówka, dwa plecaki z
najważniejszymi rzeczami, płaszcze i krótkofalówki. Ubrała płaszcz, włożyła do
jednej z kieszeni krótkofalówkę i założyła jeden z plecaków, a w rękę wzięła
rzeczy siostry. Po krótkim namyśle wyjęła zza kanapy piłę mechaniczną, jak
dotąd najlepszy środek obrony przeciwko Zmutowanym. Wtedy usłyszała wrzask. Nie
był to jednak głos Danielle. Raczej męski, ale za cienki jak na dorosłego, a za
gruby na piski Zmutowanych. Ruszyła do korytarzyka, gdy zobaczyła mrożącą krew
w żyłach scenę.
Grube dębowe drzwi
były rozwalone, a drzazgi walały się po całym pokoju. Pod zbitym lustrem leżała
Danielle – martwa Danielle. Jej ręka już powoli zmieniała kolor na
zielono-niebiesko-czerwony, typowy dla Zmutowanych. Po drugiej stronie pokoju
stał wykonawca krzyku, a wokół niego pięciu Zmutowanych. Chłopak był brudny od
popiołu, a jego letnie ubranie było podarte i wyglądało na niezmieniane od
czasów spuszczenia bomb. Gdy jego oczy spojrzały wprost w jej oczy, poznała go.
To był James, rozpuszczony bachor ze szkoły. Jane aż za dobrze pamiętała, jak
dokuczał jej siostrze z powodu lekkiej nadwagi, a ją napastliwie adorował.
Nienawidziła go.
Mimo to włączyła piłę
i ucięła głowę Zmutowanemu, który zbliżał się do chłopaka z zębami pełnymi
jadu. To samo zrobiła z pozostałymi. Nie zastanawiała się, kim byli. James
spojrzał na nią trochę z przerażeniem, trochę z uwielbieniem, ale nadal z tym
złośliwym błyskiem, co kiedyś. Tymczasem Danielle zaczęła się zmieniać. Jane
nie miał innego wyjścia. Wyjęła pistolet i strzeliła w rosnący guz na głowie
stworzenia, które kiedyś było jej siostrą. Czuła że po policzkach spływają jej
łzy. Usiadła na podłodze, zrozpaczona.
- Co ty tu robisz? –
warknęła do niego.
Prychnął.
- A co mogę robić?
Uciekam.
Nic mu na to nie
odpowiedziała, dlatego usiadł koło niej.
- Łatwiej byłoby
uciekać razem – powiedział i próbował złapać ją za rękę, ale ją zabrała.
- Dobrze, możesz iść ze mną, ale musisz
się liczyć z tym, że jeśli ceną mojego przeżycia będzie twoja śmierć, nie będę
się wahała.
Wstała i rzuciła
Jamesowi płaszcz, lodówkę, plecak i krótkofalówkę, oraz dała mu sygnał, żeby
poszedł za nią. Wyszła na dwór, gdzie na szczęście nie było Zmutowanych, i
skręciła w lewo. James ją dogonił.
- Dokąd masz zamiar
iść? – zapytał.
- Nie wiem. Skoro
wszędzie roją się Zmutowani, nigdzie nie jesteśmy bezpieczni.
- Możemy iść do portu
– zaproponował.
- Po co?
- Są tam jeszcze
łodzie… możemy popłynąć do Francji…
- Co da mi Francja?
Pod wieżą Eiffla jest mniej Zmutowanych? – zakpiła.
- Nie… - spojrzał na
nią ze zdziwieniem. – Ale bomby były zrzucone tylko na Wielką Brytanię… Nie
wiedziałaś? Po za Anglią, Walią i Szkocją w ogóle ich nie ma.
Wtedy w sercu Jane
odżyła nadzieja.
Źródła obrazków:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz