niedziela, 28 lutego 2016

Jane wśród Zmutowanych.

Jane wyjrzała zza rogu. Ulica była pusta, więc założyła kaptur płaszcza i na palcach pobiegła do obskurnego budynku. Włożyła w zamek okiennic klucz i przekręciła go. Postawiła nogę na parapecie, gdy z opuszczonego marketu zaczęli wyłazić Zmutowani. Dziewczyna z pośpiechem podciągnęła się i wskoczyła do pomieszczenia, po czym zatrzasnęła okiennice i zamknęła je na klucz. Nie wejdą pomyślała i weszła w głąb domu.
Jej siostra siedziała na środku pokoju, który przed wojną był salonem. Jane uklękła koło niej. Dziewczyna podniosła twarz i uśmiechnęła się do niej. Jej spojrzenie było łaskawe i kochane. Jednak od czasów wojny niewiele było ludzi na których mogła patrzeć w ten sposób. Od czasów wojny pozostało niewielu ludzi.
- Cześć – przywitała ją. – Jak jest na zewnątrz?
- Tak samo jak wczoraj – odpowiedziała.
– Wszędzie roi się od Zmutowanych. Dzisiaj w markecie była ogromna banda.
Danielle spojrzała na nią z przerażeniem.
- Nie mów mi, że pomimo to tam weszłaś. Wolałabym głodować, niż cię stracić.
- Nie żartuj – Jane prawie się roześmiała. – Gdybym stała się Zmutowaną, też byś głodowała. A jeśli o jedzeniu mowa - zobacz, co znalazłam w sklepie starego Sama! – powiedziała i wyjęła spod płaszcza dwie paczki makaronu, słoik miodu, i trzy cukierki. Dziewczyna myślała, że cukierki rozweselą siostrę, ale tej znowu naleciało łez do oczu. Głąb ze mnie pomyślała, gdy przypomniała sobie jak Sam częstował je właśnie tymi cukierkami, gdy wracały ze szkoły. Kolejne wspomnienie sprawia jej ból uprzytomniła sobie Jane i obiecała w myślach, że koniec z rzeczami przypominającymi rodziców, przyjaciół…
Przyniosła z rogu pokoju lodówkę podróżną. Powoli zaczęła wyjmować czerstwą kromkę chleba, batona, pół litra mleka, marchewkę i udko kurczaka.
- Co chcesz zjeść? – zapytała się siostry, a Danielle spojrzała ze smutkiem na cały ich dobytek. Pokręciła przecząco głową i położyła się na kanapie. Jane westchnęła i włożyła do ust czerstwy chleb, po czym spakowała wszystko i usiadła w fotelu przed kominkiem. Ogień trzaskał wesoło. Jane pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy siedziała z rodziną przy kominku i jedli kolację. Później jednak spadły bomby i całe miasto przemieniło się w Zmutowanych. Zasnęła, patrząc w płomienie.
Obudził ją hałas z przedpokoju. W pierwszym momencie nie zrozumiała co się dzieje, ale po chwili doszła do tego: Zmutowani. Zmutowani w jej domu. Wstała i podbiegła do kanapy, gdzie powinna spać Danielle. Jednak jej siostry nie było.  
- Danielle! Danielle! – krzyczała przerażona. Od dawna wiedziały, że Zmutowani się wedrą, i były na to przygotowane. W rogu pokoju zawsze leżała mini lodówka, dwa plecaki z najważniejszymi rzeczami, płaszcze i krótkofalówki. Ubrała płaszcz, włożyła do jednej z kieszeni krótkofalówkę i założyła jeden z plecaków, a w rękę wzięła rzeczy siostry. Po krótkim namyśle wyjęła zza kanapy piłę mechaniczną, jak dotąd najlepszy środek obrony przeciwko Zmutowanym. Wtedy usłyszała wrzask. Nie był to jednak głos Danielle. Raczej męski, ale za cienki jak na dorosłego, a za gruby na piski Zmutowanych. Ruszyła do korytarzyka, gdy zobaczyła mrożącą krew w żyłach scenę.
Grube dębowe drzwi były rozwalone, a drzazgi walały się po całym pokoju. Pod zbitym lustrem leżała Danielle – martwa Danielle. Jej ręka już powoli zmieniała kolor na zielono-niebiesko-czerwony, typowy dla Zmutowanych. Po drugiej stronie pokoju stał wykonawca krzyku, a wokół niego pięciu Zmutowanych. Chłopak był brudny od popiołu, a jego letnie ubranie było podarte i wyglądało na niezmieniane od czasów spuszczenia bomb. Gdy jego oczy spojrzały wprost w jej oczy, poznała go. To był James, rozpuszczony bachor ze szkoły. Jane aż za dobrze pamiętała, jak dokuczał jej siostrze z powodu lekkiej nadwagi, a ją napastliwie adorował. Nienawidziła go.
Mimo to włączyła piłę i ucięła głowę Zmutowanemu, który zbliżał się do chłopaka z zębami pełnymi jadu. To samo zrobiła z pozostałymi. Nie zastanawiała się, kim byli. James spojrzał na nią trochę z przerażeniem, trochę z uwielbieniem, ale nadal z tym złośliwym błyskiem, co kiedyś. Tymczasem Danielle zaczęła się zmieniać. Jane nie miał innego wyjścia. Wyjęła pistolet i strzeliła w rosnący guz na głowie stworzenia, które kiedyś było jej siostrą. Czuła że po policzkach spływają jej łzy. Usiadła na podłodze, zrozpaczona.
- Co ty tu robisz? – warknęła do niego.
Prychnął.
- A co mogę robić? Uciekam.
Nic mu na to nie odpowiedziała, dlatego usiadł koło niej.
- Łatwiej byłoby uciekać razem – powiedział i próbował złapać ją za rękę, ale ją zabrała.
- Dobrze, możesz iść ze mną, ale musisz się liczyć z tym, że jeśli ceną mojego przeżycia będzie twoja śmierć, nie będę się wahała.
Wstała i rzuciła Jamesowi płaszcz, lodówkę, plecak i krótkofalówkę, oraz dała mu sygnał, żeby poszedł za nią. Wyszła na dwór, gdzie na szczęście nie było Zmutowanych, i skręciła w lewo. James ją dogonił.
- Dokąd masz zamiar iść? – zapytał.
- Nie wiem. Skoro wszędzie roją się Zmutowani, nigdzie nie jesteśmy bezpieczni.
- Możemy iść do portu – zaproponował.
- Po co?
- Są tam jeszcze łodzie… możemy popłynąć do Francji…
- Co da mi Francja? Pod wieżą Eiffla jest mniej Zmutowanych? – zakpiła.
- Nie… - spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Ale bomby były zrzucone tylko na Wielką Brytanię… Nie wiedziałaś? Po za Anglią, Walią i Szkocją w ogóle ich nie ma.

Wtedy w sercu Jane odżyła nadzieja.


Źródła obrazków:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz