Od mojego spotkania z Esterą minął niecały tydzień, ale myślę, że już
się przyjaźnimy. Siedzimy razem na wszystkich lekcjach, oprócz angielskiego i
niemieckiego, ponieważ należymy do dwóch różnych grup. Nie sądzę jednak, że mam
szanse usiąść z kimś innym. Uczniowie w tej szkole są dziwni. Wszędzie, gdzie
tylko pójdę, znajduję umalowane jak lalki dziewczyny i śmierdzących potem
kolesi z herbami klubów piłki nożnej. Trzymają się w zbitych grupkach, do których
nie wpuszczają nikogo z zewnątrz.
Jeśli chodzi o nauczycieli, nie poznałam jeszcze wszystkich, ale
wydają mi się nieco inni, niż ci, którzy uczyli w mojej starej szkole. Moja
wychowawczyni, nauczająca chemii, traktuje całą klasę jak dzieci, matematyczka się jąka, katechetka uważa się za ascetkę
wśród satanistów… Cóż, na razie tylko
pan Chełmowski wydaje się normalny.
*
W piątkowy poranek ciężko było mi wstać. Pani Grzymała – nauczycielka
sztuki – zadała na ten dzień narysować krajobraz, który zobaczyliśmy na
wakacjach. Jednak moje umiejętności malarskie były za niskie nawet na 3 w
systemie oceniania owej kobiety, więc do trzeciej w nocy próbowałam narysować Twierdzę Chertwisi[1]
w sposób, w którym wyglądałaby jak zamek.
Ubrałam się w moje ulubione, podarte jeansy i koszulkę z wilkiem i
poszłam do kuchni. Szybko zjadłam miskę płatków kukurydzianych i wstawiłam ją
do zlewu. Nie miałam czasu wyjść z Mizerykordią na spacer, więc napisałam
kartkę z prośbą o to i powiesiłam ją na lodówce. Może wujek wstanie i przeczyta
ją zanim mój szczeniak zasika całą podłogę. Następnie umyłam zęby, po czym
uczesałam włosy i doszłam do wniosku, że muszę je ponownie podfarbować,
ponieważ rude odrosty ponownie zaczęły się pojawiać. Mam nadzieję, że gdzieś w
Miłorząbach znajduje się drogeria i Estera mnie tam zaprowadzi.
Narzuciłam bluzę na ramiona, wzięłam torbę ze smokiem i zbiegłam po
schodach. Na klatce śmierdziało alkoholem. Nie wiem, jak babcia mogła mieszkać
tu przez 40 lat. Może dlatego razem ze swoimi kotami przeniosła się do domu
spokojnej starości, a mieszkanie oddała nam. Szczerze mówiąc, wolałam mieszkać
w Poznaniu, na wynajętych dwóch pokojach w czystym budynku, niż tu.
Jesienny wiatr nie należał do najcieplejszych. Nadchodzi zima, a ja
nadal nie mogę znaleźć żadnych w miarę ładnych, ciepłych ubrań. Będę musiała
wybrać się do Bydgoszczy i kupić sobie coś nowego.
Estera siedziała na ławce przed blokiem. Teoretycznie, mieszkałyśmy
pięć minut od szkoły i mogłybyśmy spotykać się tam, ale mimo to czekała na mnie
codziennie.
- Hej – przywitałam ją. Dziewczyna zauważyła mnie, wstała i
uśmiechnęła się.
- Cześć – powiedziała radośnie i ruszyłyśmy w stronę szkoły. Estera
zaczęła opowiadać mi fabułę jej ulubionego serialu – a właściwie – anime[2]
One Piece. Nie mam nic przeciwko japońskim bajkom, i może kiedyś sobie je
obejrzę, ale chyba wolę anglojęzyczne seriale. Tymczasem doszłyśmy już do szkoły.
Zaczynałyśmy językami, więc rozeszłyśmy się do klas.
Nauczycielka angielskiego była Polką, ale na pewno przez długi czas
mieszkała za granicą, albo tylko się popisuje (umiejętności tej klasy są
zadziwiająco niskie). Przeplatała obydwa języki w wypowiedziach, przez co
trudno ją zrozumieć. Wpuściła uczniów do sali, a ja zajęłam moje miejsce w
drugiej ławce.
- Dzień dobry, drodzy students – przywitała się. – Możecie sit down.
Z całą pewnością będzie to taka sama lekcja jak zwykle – nudna. Nawet
gdybym nie spędzała każdych wakacji w Irlandii, mogłabym śmiało twierdzić, że
ta klasa jest po prostu, w jakiś sposób opóźniona. W końcu, która klasa w 3 klasie
gimnazjum zaczyna z present perfect?
*
Udało mi się przetrwać wszystkie lekcje. Nadszedł czas na wf.
Razem z Esterą poszłyśmy do szatni i zaczęłyśmy się przebierać. Inne
dziewczyny narzekały, że nie mogą ćwiczyć z biżuterią. Po pięciu minutach
poszłyśmy na salę.
Wuefista kazał nam biegać. Byłam szybsza od Estery, więc po chwili ją
wyprzedziłam. Nauczyciel kompletnie się nami nie interesował.
Po bieganiu rozpoczęliśmy rozgrzewkę, a następnie grę w dwa ognie.
Piłka latała na wszystkie strony, a ja byłam jedną z niewielu osób, które
potrafiły ją złapać i rzucić. Udało mi się skuć kilka osób, a po ich minach
wywnioskowałam, że czegoś się boją. Nie rozumiałam tego.
Pod koniec lekcji nauczyciel zagwizdał i dał sygnał, żebyśmy do niego
podeszły, co wszystkie uczyniłyśmy i… zaczął po nas jechać.
- Antosiewicz, jeszcze raz zobaczę cię z makijażem na lekcji, a
wylądujesz u dyrektorki. Orlińska, zamiast gadać złap piłkę. Janowicz, zacznij
biegać, albo kiedyś twoja gruba dupa zablokuje korytarz. Kozłowska, masz zbijać
przeciwników, a nie swoją drużynę – kontynuował swoją tyradę, a na twarze wyczytanych uczennic wyrażały tylko obojętność. Podskoczyłam, słysząc swoje
nazwisko.
- Różańska, czy nazwisko z kolorem w nazwie zobowiązuje do farbowania
włosów? – w przeciwieństwie do innych najwyraźniej chciał mnie ośmieszyć
pytaniem. Niedoczekanie.
- To zależy, czy noszenie nazwiska z ‘opium’[3]
jest jednoznaczne z zachowywaniem się jak naćpany.
Nauczyciel zrobił się czerwony.
Najwyraźniej był na tyle straszny, że nikt nigdy nie skomentował narkotyku w
jego nazwisku. Albo po prostu w tej szkole są sami debile.
Wuefista chyba odpuścił sobie ochrzanianie mnie. Poczułam dumę, do
czasu, aż przyczepił się do Estery.
- Fenek, jesteś najgorszym sportowcem jakiego kiedykolwiek widziałem.
Bieganie w twoim wykonaniu to kompletna porażka. Większość uczniów chodzi
szybciej od ciebie. Gra w dwa ognie… Co ty za dzikie balety odstawiasz? Ta gra
polega na łapaniu i kuciu, a nie przewracaniu się! A teraz do szatni, nie mam
zamiaru dłużej oglądać waszych krzywych ryjów!
Wszyscy odeszli. Estera miała łzy w oczach. Przebrałyśmy się i
poszłyśmy do domu, a ona nie odezwała się ani słowem.
- No to… pa – próbowałam się z nią jakoś pożegnać, ale kiwnęła tylko
głową i poszła do internatu. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić.
Weszłam do mieszkania, a Mizia od razu podbiegła i zaczęła
obszczekiwać moje nogi. Zdążyłam jedynie zdjąć bluzę.
- Miziunia! – przywitałam się z nią i wzięłam szczeniaka na ręce.
Zaczęła oblizywać mi twarz i bić ogonem po rękach. Dotknęłam nosem jej noska.
Ale… coś było nie tak. Pachniała chemią i farbami. Dopiero teraz zauważyłam, że
golden retriever ma białe łaty i czarne plamki na grzbiecie. A całe łapy i
brzuszek umazany od przeróżnych kolorów!
- Zostawiłam cię pod opieką trzech dzieciaków. Tak to się kończy, co?
– mówiłam do psa i szłam do łazienki. Jednak przechodząc obok lodówki,
nadepnęłam na coś mokrego i zdziwiona, poślizgnęłam się.
Okazało się, że wuj śpi nadal. Dobra, rozumiem, przyjęcie
inauguracyjne wystawy jego obrazów, a później powrót z Poznania. Okej. Ale jest
wpół do trzeciej, a on nadal w łóżku?
Zdecydowałam się najpierw umyć podłogę po psich sikach, a następnie
wykąpać Mizerykordię. Ciotka zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła kuchnię w tym
stanie.
*
Mizia kręciła się przez całą kąpiel. Tak jak ona, byłam mokra od stóp
do głów. Wysuszyłam psa i przebrałam się.
- Oj Miziu, chyba będę musiała zrobić pranie – gadałam do leżącego w
ręczniku psa. – Przy okazji wypiorę też mój strój na wf.
Przeszukiwałam plecak, gdy przypomniałam sobie, że zostawiłam worek w
szafce. Napisałam karteczkę gdzie idę (mimo że wracam za 10 minut, ciotki i
kuzynostwa nie ma, a wuj śpi) i wyszłam.
Szkoła była całkowicie pusta, jeśli nie liczyć woźnego i mnie. Od razu
poszłam do szafek i wyjęłam mój worek ze złotą różą. Następnie udałam się do
głównego wyjścia. Chociaż nie, pójdę do baru na obiad. Ciotka już wyjechała, a
ja jestem noga z gotowania, i lepiej wydać te kilkanaście złotych niż spalić kolejny
garnek.
Zmieniłam kierunek i postanowiłam wyjść drzwiami koło sali
gimnastycznej, skąd było najbliżej do ‘mleczniaka’, ale…
Na korytarzu przed drzwiami leżał zakrwawiony trup. Spanikowałam i
pobiegłam do woźnego.
- Panie woźny… – stanęłam w drzwiach, a brodaty mężczyzna spojrzał na
mnie pytającym wzrokiem.
- Przy sali gimnastycznej… Ciało… – wydusiłam z siebie i zemdlałam.
*
Obudziłam się dziesięć minut później. Leżałam na kanapie, a koło mnie siedział wuj.
- W końcu odzyskałaś przytomność, Lenko – powiedział troskliwym
głosem. Próbowałam wstać, ale gestem powstrzymał mnie i kazał siedzieć.
- Co się stało? – spytałam bezsensownie, a później przypomniałam sobie
całą sytuację.
- Zemdlałaś gdy zobaczyłaś ciało pana Opiumowicza leżące przy drzwiach
– mówił kojącym głosem wujek. – Jadłaś coś dzisiaj?
- Tylko miskę płatków rano.
- No widzisz – uśmiechnął się. – To tylko głód. Idziemy coś zjeść?
- Tak! – wujek tak samo jak ja nie umiał gotować. Wstałam z tapczanu i zmierzałam ku drzwiom, ale drogę zagrodziła
mi gruba jak baleron policjantka.
- Świadek zostaje do przesłuchania – odpowiedziała niskim głosem.
Chciałam zaprotestować, ale wuj mnie uprzedził.
- Oczywiście, pani władzo – powiedział. – Przyniosę ci coś do jedzenia
– zwrócił się do mnie.
I tak sam na sam zostałam z olbrzymią policjantką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz